sobota, 23 kwietnia 2016

Immortal Soul - rozdział I

     Siedziałam na niskiej ławce, pomalowanej na zielono i wpatrywałam się zimnym spojrzeniem w blady kwiatuszek, wystający spomiędzy źdźbeł zielonej trawy. Za moimi plecami rozciągał się ogromny budynek szpitala. Jak na miejsce, które ma pomagać ludziom wracać do normalności, to dość ponure miejsce. Ale może od środka, wyglądał nieco bardziej kolorowo. Tak czy inaczej, sama się o tym nie przekonam. Nie miałam zamiaru wchodzić do środka, nawet jeśli miałby to być jedyny sposób, by zobaczyć matkę. A tego również nie pragnęłam. Zresztą kto chciałby zobaczyć własną rodzicielkę, która jeszcze kilka miesięcy temu polowała na ciebie z tasakiem? Zacisnęłam palce na krawędzi drewnianej belki tak mocno, że aż knykcie mi zbielały. Po dłuższej chwili wypuściłam powietrze z ust, rozluźniając uchwyt. Uniosłam spojrzenie w górę, spoglądając w szare niebo. Chmury przesuwały się leniwie na wschód, wraz z chłodnym wiatrem, który bawił się kosmykami moich długich włosów. Nienawidziłam tego miejsca. Nienawidziłam z całego serca weekendów, w które musieliśmy tu przyjeżdżać. Tak jakby przez ten czas cokolwiek mogło się zmienić. Wyciągnęłam nogi przed siebie i oparłam się plecami o oparcie ławki. Przeszły mnie silne ciarki, kiedy do moich uszu dotarł przeraźliwy krzyk z jednego z całej masy okien szpitala. Nie ma to jak uroki szpitali psychiatrycznych.
   W końcu po kilkunastu minutach, wejściowe drzwi otworzyły się z trzaskiem. Nie odwróciłam się, wiedząc dokładnie kto za mną stoi. Podniosłam się i bez słowa zarzuciłam szary kaptur bluzy na głowę. Czarne kosmyki włosów natychmiast przylgnęły do sporego wybrzuszenia na wysokości klatki piersiowej. Schował ręce do dużej kieszeni na brzuchu i ruszyłam przed siebie, w kierunku czarnego samochodu, samotnie stojącego na szpitalnym parkingu.
- Matka o ciebie pytała. - stanowczy głos dorosłego mężczyzny, nakazywał zatrzymanie się, jednak nie dałam się zmanipulować i nawet się nie zawahałam. Jakby mnie to cokolwiek obchodziło. Słyszałam jak starszy brat mówi coś do ojca ściszonym głosem. Nie słyszałam tego, bo nie chciałam słyszeć, mimo, że mogłam. 
- Tato, dlaczego Evelyyn, nigdy nie chodzi z nami do mamy? - piskliwy głos dziewczynki sprawił, że momentalnie stanęłam w miejscu. Pięć lat na karku, usprawiedliwiało Fidan, jednak nie na tyle, bym potrafiła się opanować w stu procentach. Przymknęłam oczy i po krótkiej walce z myślami, po prostu zacisnęłam dłonie w pięści i ruszyłam przed siebie szybkim krokiem, rzucając na odchodnym zimne "cześć". 


     Siedziałam na huśtawce na pustym placu zabaw i bujałam się lekko, odpychając piętami od mokre ziemi. Byłam już cała przemoczona. Zaczęło padać, jeszcze kiedy byłam na terenie szpitala, jednak nie dałam się namówić na wejście do samochodu. Całą drogę szłam z dłońmi w kieszeni, zupełnie nie zwracając uwagi na zimny deszcz, który moczył mnie coraz bardziej. Krople wody spływały mi po twarzy i lądowały na kolanach. Nie chciałam wracać do domu. Po prostu nie chciałam. Wpatrywałam się w kałużę pod stopami, zastanawiając się czemu już nie lądują w niej krople, skoro w kałuży zaraz obok nadal było widać rozpływające się koła. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ktoś trzyma nade mną parasolkę. Szybko podniosłam głowę i zobaczyłam łagodne spojrzenie, zielonych oczu.
- Przeziębisz się - równie łagodny głos, sprawił, że coś się we mnie złamało. Natychmiast opuściłam głowę i przycisnęłam dłonie do klatki piersiowej. Silne ramię oplotło mnie wokół talii i podniosło do góry, bez najmniejszego trudu.
- Podnoś się, uparciuchu. Wracamy do domu - drugie zdanie sprawiło, że gwałtownym ruchem wyrwałam się bratu z objęć. Odwróciłam się do niego przodem i lekko pochylona w przód, warknęłam głośno.
- Nie idę do domu!
Ian ze zrezygnowaniem przetarł twarz dłonią, a następnie w geście bezradności rozłożył ręce, na tyle na ile pozwalało mu, trzymanie parasola.
- Świetnie. Więc gdzie idziesz?
- Nie wiem jeszcze... - mruknęłam, obejmując się ramionami. Zaczynałam odczuwać to, że jestem cała przemoczona. Powoli spuściłam wzrok, jednak gdy tylko Ian wykonał ruch, popatrzyłam na niego czujnie. Chłopak stanowczym krokiem podszedł do mnie i objął szybko, przyciskając do siebie. Nie miałam szans, by i tym razem wyrwać się z jego uścisku. Zresztą nie widziałam w tym większego sensu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz